Ilość wydarzeń: 381
Strona główna
Dodaj ogłoszenie
Moje ogłoszenia
Regulamin
Kontakt
Szczegóły wydarzenia
Dodano
2017-03-10 14:45:15
Termin
2017-03-10 18:00:00
Czas trwania
2017-03-16
Ilość wyświetleń
183
Galeria zdjęć
Recenzja filmu KONG: Wyspa Czaszki
Król powrócił! Zamieszkujący legendarną i tajemniczą Wyspę Czaszki goryl po raz kolejny dumnie wkracza na ekrany kin. Tym razem za sprawą zupełnie nowego filmu, który stanowi następny przystanek w drodze do zrealizowania wielkiego uniwersum potworów od Warner Bros. Po nakręconej przed trzema laty i dość chłodno przyjętej Godzilli, przyszedł czas na najsłynniejszą małpę Hollywoodu. Głośne nazwiska w obsadzie, ogromny budżet i świetna kampania promocyjna. Jak prezentuje się Kong: Wyspa Czaszki?

Na pierwszy rzut oka widać dwie ważne rzeczy. Po pierwsze reżyser Konga, Jordan Vogt-Roberts, obrał zupełnie inną drogę, niż przedtem Gareth Edwards w swojej Godzilli. O ile ten drugi unikał ukazywania monstrum w całej okazałości, uciekając się do różnych sztuczek, np. przesłaniając potwora chmurami czy w natłoku akcji prezentując zaledwie fragmenty jego ciała (ku rozczarowaniu wielu fanów, choć ja osobiście taki zabieg poczytywałem za plus), o tyle Vogt-Roberts niemal natychmiast pokazuje nam z kim będziemy mieli do czynienia. King Kong ukazany jest zatem od stóp do głów, w pełnym majestacie i chwale. Jest w końcu Królem Wyspy i prawdziwym bohaterem tej produkcji.

Drugą ważną sprawą jest fakt, że w przeciwieństwie z kolei do Petera Jacksona i jego filmu z 2005 roku, Vogt-Roberts nie daje się również złapać w pułapkę sentymentalizmu. Zdecydowanie zatem jego film nie jest próbą odwzorowania oryginalnej produkcji z 1933 roku (o której pisaliśmy TUTAJ), chociaż nie brak tu oczywiście mrugnięć okiem czy pewnych odwołań, stawia na zupełnie inną historię. Wiąże się jednak w inne nawiązania, ot chociażby do kultowego Jądra Ciemności, a wizualnie do Czasu Apokalipsy. Wiele z kadrów wzorowane jest na swoisty hołd dla filmu Coppoli. Zresztą wystarczy popatrzeć na nazwiska bohaterów, takie jak James Conrad czy Hank Marlow. Z kolei sceny pojedynków między monstrami zamieszkującymi Wyspę niekiedy zdają się garściami czerpać z Pacific Rim. Jest więc poniekąd Kong: Wyspa Czaszki, popkulturową mieszanką, co rzeczywiście dość fajnie się sprawdza.

Inna sprawa, że film zawodzi niestety pod względem fabularnym, co niestety jest bolączką tego typu wysokobudżetowych produkcji. Przy trzech scenarzystach pracujących nad skryptem trudno o fabularną klarowność. Sporo tu momentów dłużyzn, jak chociażby w przypadku kulejącej introdukcji bohaterów. Same postaci też nie grzeszą wyrazistością, to raczej zbieranina archetypów (określenie kto kiedy skończy nie będzie dla was większym problemem w trakcie seansu), o charyzmie - poza kilkoma wyjątkami - mówić nie sposób. Dopóki bzdurna fabułą podporządkowana jest akcji, dopóty zabawa jest przednia, bo w końcu o to chodzi. Kiedy jednak widowisko na chwilę ustępuje miejsca scenariuszowym wynurzeniom, zaczynają się schody.

Zaczyna się od wątków związanych z wojną w Wietnamie. Lata 70-te. W Waszyngtonie panują protesty pacyfistów, armia Stanów Zjednoczonych powoli wycofuje się z Indochin. Tymczasem organizowana jest ekspedycja naukowa na tajemniczą Wyspę Czaszki znajdującą się na Pacyfiku. Wraz ze specjalistami na miejsce rusza wojsko i najemnicy. To, co odkryją na niezbadanym dotąd skrawku lądu, przerośnie ich najśmielsze oczekiwania.

Twórcy Konga: Wyspy Czaszczki postawili na głośne nazwiska. Tym samym na ekranie ujrzymy m.in. Toma Hiddlestona i Brie Larson, jedne z najbardziej obecnie rozchwytywanych gwiazd Hollywood. O ile jednak po zwiastunach można było się spodziewać, że odegrają oni tu pierwsze skrzypce, o tyle na ekranie prezentują się niestety dość przeciętnie. Ich bohaterowie to takie papierowe ludziki pozbawione wyrazu. Podobnie jest niestety z innymi aktorami. Większej szansy do zaprezentowania swojego nieprzeciętnego talentu nie dostaje na przykład John Goodman. Na szczęście błyszczą na ekranie Samuel L. Jackson i - niespodziewanie - John C. Reilly. Ten pierwszy w charakterystyczny dla siebie sposób aż kipi charyzmą, a przy tym wie, jak sprawnie (m.in. poprzez lekkie szarżowanie) wycisnąć ze swojej postaci więcej, niż oferuje scenariusz. Z kolei na najbardziej emocjonalną i kluczową postać wyrasta grany przez Reillyego Marlow, który rozbił się na Wyspie podczas II wojny światowej. Wbrew zwiastunom nie jest on jedynie humorystycznym dodatkiem, a sam Reilly ma sporo okazji do podratowania całej produkcji. Gwiazdą jest tu jednak bezsprzecznie Kong. Miejscami naprawdę trudno oprzeć się wrażeniu, że ta przerośnięta małpa ma tu znacznie więcej charyzmy od ludzkich bohaterów. Każda scena z udziałem tytułowego bohatera to prawdziwa perełka.

Jordan Vogt-Roberts do niedawna był autorem zaledwie jednego głośnego, choć w pełni niszowego filmu. Jego Królowie Lata były przykładem klasycznego pozanurtowego indie. Jego zaangażowanie w nowego King Konga mogło się więc zatem wydać co najmniej dziwne. Zaskakujące jednak jak dobrze reżyser odnalazł się w pełnym gwiazd blockbusterze, kierowanym w całości przez producentów wielkiego studia. Reżyser doskonale rozumie prawidła kina akcji i wie, jak miejscami wprawić widzów w prawdziwą ekstazę radości. Gorzej film wypada pod względem fabularnym, ale podejrzewam, że gdyby pozwolono reżyserowi na więcej swobody, Kong mógłby tylko zyskać dzięki wrażliwości Vogta-Robertsa. Nie ważne, w końcu to i tak przede wszystkim naszpikowana akcją rozrywka. Niezapomniane kadry, znakomite efekty specjalne i dużo, dużo dobrej zabawy. Warto.
Kontakt
Organizator
Nie znany
Miasto / miejsce
Wałbrzych
Dane kontaktowe

http://www.mechaniczna-kulturacja.pl/2017/03/recenzja-filmu-kong-wyspa-czaszki.html
Formularz kontaktowy
Twój adres e-mail


Temat


Treść wiadomości
Maksymalnie 1000 znaków


Przepisz kod z obrazka